0
arturro 18 lutego 2026 23:40
Zanim zacznę, uwaga techniczna:
Jeśli komuś tekst w przeglądarce ładuje się w niewygodny sposób, to winny jest link z youtube. Z linków do muzyki nie chcę jednakoż rezygnować, a problem występuje chyba tylko w przypadku czytania na telefonie bez użycia tapatalk.
W takiej sytuacji radzę otworzyć relację przy pomocy forumowej opcji "Widok do druku" (niebieski pasek komend kilka centymetrów nad tą informacją). Będzie dużo łatwiej czytać.

Jest styczeń 2026. Mam czas, a bilety do Kiszyniowa chodzą za pięć dych z Kazimierzem Wielkim. Nigdy nie byłem w Mołdawii, a wiem, że chcę. Kupuję bilet na za tydzień, wstrzymując się z zakupem powrotnego. Zakładam, że już na miejscu zadecyduję o tym, kiedy i skąd. Proponuję wyjazd dwóm kolegom, bo a nuż. Zgodnie z przewidywaniem obaj by chcieli. Ale nie mogą. Trudno, co robić.
Image

W ramach przygotowań instaluję w telefonie Easy Way, na Maps.me ściągam mapę Mołdawii offline, upewniam się, że YandexGo jest ciągle zainstalowany i bangla. Kupuję eSIM mołdawskiego Orange, po czym przypominam sobie, że od stycznia Mołdawia i Ukraina są w unijnej strefie roamingowej. Dyszka w plecy, ale w sumie przydaje się później ten eSIM w Naddniestrzu.

Image

Pamięcią sięgam, co tam o Mołdawii mówiło się ostatnimi czasy w podcastach u Pana Darka oraz OSW. Mówiło się sporo, bo odbywały się w tym kraju w zeszłym roku bardzo ciekawe i ważne wybory. Zamawiam dwie książki. Obie z czarno-białej serii wydawnictwa Czarne. „Mołdawia. Państwo niekonieczne” Kamila Całusa i „Naddniestrze. Terror tożsamości” Piotra Oleksego. Obie czyta się znakomicie, świetnie przybliżają rejon i są kopalnią informacji o Mołdawii i Naddniestrzu.

Image

Strasznie dużo czasu spędzam selekcjonując noclegi. Przy okazji wpatruję się w mapę. Próbuję ułożyć plan na wycieczkę w miarę komfortową acz niedrogą, tempem niezbyt szybkim ale bez spędzania przesadnie długiego czasu w transporcie i mając na uwadze, że zima nie odpuści. W dniu wyjazdu mam zarezerwowany jedynie pierwszy nocleg i preselekcję miejsc, w których można się zatrzymać później. Z tymi noclegami w Mołdawii jest dość specyficznie. Zazwyczaj (zawsze?) płaci się na miejscu w gotówce. Ma to plusy (każda rezerwacja jest w praktyce zawsze do odwołania), jak i minusy (trzeba motać gotówkę). Niektórzy najemcy celowo rozbijają cenę rezerwacji na tani wynajem (typu 1 euro) i drogi „podatek” (typu cała reszta ceny), by zapłacić jak najmniejszą prowizję, co utrudnia porównywanie ofert. No i czasem zdarzają się sytuacje w stylu „nie mamy pańskiej rezerwacji”. Dobrze rzucić okiem na recenzje przed podjęciem decyzji.

Image
widzicie tura?

Ponieważ w mołdawskich bankomatach prowizje są chyba nie do uniknięcia, zabieram na wyjazd od dawna czekające na taki dzień zaskórniaki z królową Elżbietą. Wiele rodzin w Mołdawii funkcjonuje w dużej mierze dzięki pieniądzom zarabianym poza granicami kraju. Szacuje się, że 1/3 narodu mieszka lub pracuje gdzieś za granicą. W związku z tym kantory i banki są częstym elementem miejskiego pejzażu i przyjmują całkiem sporo walut. Stawki są przeważnie w porządku. W większości miejsc możliwe są płatności kartą (wyjątki: targowiska, transport, noclegi). Na lotnisku przyjacielem jest kantor Maib, gdzie ceny są prawie takie jak na mieście (choć ciut gorsze).

Uff, dość tych przygotowań. Pora ruszyć w drogę.

Image

Dzień I – Cicinau

WRO - RMO 15/01/2026 14:15 - 17:05

RMO to jest to samo lotnisko, które wcześniej posługiwało się kodem KIV. Kod zmieniono w 2024. KIV – bo Кишинёв vel Kishinev. RMO – bo Republica MOldova. Od czerwca 2025 lotnisko nosi imię kompozytora Eugena Dogi – autora muzyki do wielu filmów, teatru, baletu, opery. Artysta urodził się i zmarł w Mołdawii i przez większość życia był związany z Kiszyniowem, więc patronat nad lotniskiem pasuje do niego idealnie.

https://youtube.com/watch?v=Rs6GE8mBX24

Patrząc na listę odznaczeń, którymi w swoim niemal 90-letnim życiu wyróżniony został Doga, trudno nie pomyśleć, jak ciekawy był wiek XX dla kwestii tożsamości, narodowości, historii w Mołdawii. W 1987 roku kompozytor otrzymał tytuł Ludowego Artysty ZSRR. W 1997 uhonorowano go Orderem Republiki – najwyższym odznaczeniem mołdawskim za wybitne zasługi na rzecz Mołdawii i ludzkości. W 2004 otrzymał Order Narodowy Gwiazdy Rumunii. W 2008 rosyjski Order Za Zasługi dla Ojczyzny IV klasy, a 10 lat później jeszcze Order Aleksandra Newskiego.

Image

Dzieje Mołdawii są pokręcone i można by o tym długo. Nazwa państwa nawiązuje do Hospodarstwa Mołdawskiego, które było lokalną potęgą pod koniec średniowiecza, szczególnie za panowania Stefana Wielkiego, a w późniejszych stuleciach popadło w zależność od Imperium Osmańskiego. W 1812 roku na skutek wojny rosyjsko – tureckiej terytorium Besarabii (czyli dzisiejsza Mołdawia i Budziak) przechodzi pod panowanie Rosji, pod którym pozostaje do końca pierwszej wojny światowej. W 1918 roku Besarabia zostaje przyłączona do Rumunii.

Image

W pakcie Ribbentrop -Mołotow Niemcy godzą się na uznanie Besarabii (i północnej Bukowiny) za strefę wpływów radzieckich. Stalin długo nie czeka. W 1940 roku zajmuje Besarabię i łączy ją z terenem na wschodnim brzegu Dniestru (dzisiejsze Naddniestrze), powołując Mołdawską SRR. Gdy w 1941 Hitler decyduje się uderzyć na Związek Radziecki, Rumuni odbijają teren Mołdawii i idą dalej, prawie do Krymu. Ostatecznie czarne przegrywa, czerwone wygrywa i wojna się kończy, a Mołdawska SRR pozostaje częścią ZSRR. Gdy Sojuz rozpada się pod własnym ciężarem, w 1991 roku Mołdawia uzyskuje niepodległość. I nie do końca wie, co z nią zrobić.

Image

W lotniskowym trolejbusie jest ciasno, ale jakoś wbijam się na miejsce siedzące. Kilkoro młodych Hiszpanów przez większość podróży radośnie studiuje przeróżne napisy wpadające im w oko. Odkrywają właśnie, że język mołdawski wcale nie jest słowiański, czego chyba oczekiwali, a taki bardziej romański (konkretnie to rumuński) i idzie coś tam zrozumieć, albo znaleźć coś dwuznacznie zabawnego. Czymś takim jest fraza parculo de troleibuz wyrwana z kontekstu jakiegoś regulaminu naklejonego na szybę, która wywołuje salwy śmiechu. Później z pomocą koleżanki biegłej w hiszpańskim udaje mi się to zrozumieć. Hiszpanie przekręcają tez nazwę mołdawskiej stolicy. Myślę, że dla beki mówią „Cicinau”… I to już ze mną zostaje. Od tej pory jak widzę Chișinău, to w głowie czytam „Cicinau”. Nic nie poradzę.

Image

Pierwszy i jedyny zarezerwowany nocleg mam w hostelu o skromnej nazwie Amazing Ionica. Mimo że rzadko korzystam z hosteli, zdecydowałem się tak zacząć, bo czasem fajnie poznać kogoś na starcie, nawet zamienić kilka zdań, a o takie sytuacje łatwiej w hostelu. Do tego właściciel oferuje jednodniowe wycieczki do Naddniestrza, winnic i monastyrów. Oferuje je dość namiętnie, przed przyjazdem przypomniano mi o nich kilkukrotnie. Wycieczki mają ciekawy plan, ale również dość tłustą cenę. O ile nie skorzystałem z samej oferty, to rzuciłem okiem na to, co zawiera pakiet i wykorzystałem później w swoich planach. Więcej na temat wycieczek, które oferuje Rubens, napiszę w odpowiednim wątku.

Image

Wieczorem pierwszy spacer po centrum miasta. Stefan Wielki pokryty warstwą śniegu patrzy na jarmark bożonarodzeniowy, ludzie raczą się grzanym winem. Miasto ratuje się od zimowej deprechy lampkami świątecznymi. Niektóre trolejbusy wyglądają jak choinki na kółkach. W restauracji La Placinte wszystkie stoliki zajęte. Za 10 minut będzie miejsce. Zachodzę do sklepu. Nie mam w planach wizyt w słynnych winnicach i destylarniach Mołdawii, ale nie ma Cicinau bez divin, czy jakoś tak, postanawiam więc na własną ręką „zwiedzać” mołdawskie koniaki dostępne w sklepach w poręcznym formacie 0,2. Ich butelki mają fajny kształt zwiększonej piersiówki, który idealnie mieści się w kieszeni. Zwiedzanie rozpoczynam od 5-letniego Tezaur. Jest dość ostry w smaku, trochę wykrzywia ryja w pierwszym kontakcie, ale na końcu pojawia się słodycz. Z takim przyjacielem w kieszeni decyduję się pójść do innego lokalu La Placinte, poza centrum. Tam miejsca dużo. Zamawiam stanowczo za dużo jedzenia, ale jakoś sobie z tym radzę. Wszystko jest bardzo smaczne, ale szczególnie do gustu przypada mi sałatka z tartych buraków z sosem jogurtowym i orzechami włoskimi. Piwo kiszyniowskie z kija tez niczego sobie. Potem z przepełnionym brzuchem powolutku wracam do hostelu.

Image

Hostel jak hostel – w dormach zasłonki, lampki i półka, którą można zmienić w ministolik. Jest czysto, ale (zimą) przestrzeń wspólna i kuchnia trochę ciasne. Decyduję się dorzucić kilka euro i na kolejną noc kupić sobie więcej prywatności. Utwierdzę się w tej decyzji, gdy o drugiej w nocy jakiś nowo przybyły typ niemożebnie i bez jakiejkolwiek empatii tłucze się po pokoju moszcząc swoje gniazdo.Mimo że chodniki nie zawsze są proste, to dobrze się spaceruje po tym mieście.

Miejskie targowisko to kosmos. W słodko - metalicznych oparach hali mięsnej można by prowadzić wykłady ze zwierzęcej anatomii. Kompletne królicze truchło z futerkiem pozostawionym tylko na jednej nodze, żeby było za co chwycić. Sterty słoniny, jakeś żebra, karkówka, świń ryjski. Wielkie noże i niebieskie szalkowe wagi ze wskaźnikiem. W akwariach sekcji rybnej w beztlenowym letargu kłębią się karpie, tołpygi i karasie. Mniej dramaturgii, za to więcej kolorów towarzyszy stoiskom z serami, miodem, owocami i warzywami. Oblepiona ziemią marchew, łby kapusty i oczywiście kiszonki. Wschód stoi kiszonkami, a – wybaczcie ten suchar - nazwa „Kiszyniów” też zobowiązuje. Wielki Wschodni Szlak Kiszonek zaczyna się pewnie gdzieś w okolicach kiszyniowskiego Piata Centrala, gdzie można delektować się kiszonymi jabłkami i arbuzem, jadanym razem ze skórką, a kończy w Seulu na Gwangjang Sijang, gdzie sprzedawcy oferują kimchi na tysiąc sposobów.

Image

Kosmos nie ma ustalonych granic. Od swego formalnego centrum hal targowych, nachodzących na siebie stoisk ze sprzętem audio i małych sklepików z ubraniami, targowisko rozlewa się na uliczne okolice. Wielu zwykłych ludzi rozkłada swoje towary na chodniku, próbując spieniężyć okruchy swojego życia. Jak trudno musi być wiązać koniec z końcem kobiecie, która na sprzedaż ma dwa litry mleka i kilka pęczków ziół? Albo panu, która na chodniku wykłada parę książek, młynek do kawy i niepełny komplet sztućców? Co czwarty mieszkaniec kraju ma obecnie więcej niż 60 lat, a średnia emerytura to około 200 dolarów. Stąd częsty sentyment do czasów radzieckich i bezpieczeństwa socjalnego.

W Mołdawskiej SRR dla wielu życie było obiektywnie lepsze i łatwiejsze niż dziś w wolnej Mołdawii – i to nie tylko dlatego, że wtedy mieli po 20 lat, a teraz nie mają. Reżimy i wielkie imperia dysponują środkami i sposobami. Tylko że "dziś" Mołdawii to właśnie konsekwencja tego, czym Mołdawia była w czasach radzieckich i jak Sojuz nią zarządzał.

Image

Samo powołanie przez Stalina republiki to grzech pierworodny, z którego wynika wiele współczesnych problemów: sklejono w jeden organizm ziemie o różnej historii (na zachód od Dniestru przed wojną była Rumunia, na wschód przez parę stuleci imperium rosyjskie), grubo namieszano w demografii (przesiedlenia, napływowi Rosjanie jako kadra kierownicza w zakładach przemysłowych Naddniestrza).
Trzęsienie ziemi, jakim był rozpad ZSRR, spowodowało wiele wtórnych lokalnych zapaści i ruchów tektonicznych. Zależna od centralnego planowania z Moskwy gospodarka często nie miała sensu w warunkach realnego rynku. Państwo utraciło łatwy dostęp do rynków zbytu w byłych republikach radzieckich. Brak dostępu do morza i lokalizacja między zmagającą się z własnymi problemami Ukrainą a biedniutką Rumunią podcinały skrzydła mołdawskiemu orłowi. Do tego jeszcze kwestia Naddniestrza, światowe kryzysy gospodarcze, bandyterka i korupcja - bo o masę spadkową po ZSRR wielu chciało zawalczyć. No i w efekcie mamy jeden z najbiedniejszych krajów w Europie.

Image

Jedną z wielu pamiątek po Sojuzie jest w Kiszyniowie Dolina Wiatraków (Valea Morilor). Położony blisko centrum park z dużym sztucznym stawem/jeziorem . to popularne wśród mieszkańców miejsce, gdzie można pobiegać, lub wyjść na spacer. Powstało w latach pięćdziesiątych trudem młodzieży z Komsomołu. Do jeziora schodzi się monumentalnymi schodami. Czuć przestrzeń i jest ładnie, ale zdjęć robiłem mało i słabe, więc musicie mi uwierzyć na słowo

Image
(tędy się idzie do Lenina)

W parku mieszka Lenin, dzieląc przydziałowy kwartał z Karolem Marksem i bułgarskim komunistą Georgim Dimitrovem. Z tym pomnikiem Lenina to było tak. W 1949 wprowadził się do miasta i otrzymał honorową lokalizację w ścisłym centrum miasta. Najlepszy adres w mieście. Bulwar Lenina, w międzywojniu (rumuński) Bulwar Króla Karola II, a jeszcze wcześniej Bulwar Aleksandrowski. W 1989 roku na fali pierestrojki na sąsiedni skwerek w centrum powrócił - po kilkudziesięciu latach tułaczki po zakamarkach parku swego imienia - król Stefan cel Mare, hospodar mołdawski, onegdaj znany u nas jako Steczko. Stefanowi III zawdzięczamy powiedzenie, że „za króla Obrachta wyginęła szlachta”.

Image

Przez dwa lata trwała kohabitacja i obok siebie urzędowali Stefan i Lenin. Lenin bokiem patrzył na Stefana, Stefan krzyż wznosił na widok Lenina. Po uzyskaniu przez Mołdawię niepodległości towarzysz Włodzimierz Iljicz został spakowany i wysłany na mniej rzucające się w oczy miejsce, które ma w zamyśle być rodzajem memoriału epoki radzieckiej. Stefan też zmienił adres, bo Bulwar Lenina przemianowano na Bulwar Stefana Wielkiego i Świętego.

Image

Trochę nam o tym opowiadała Ana – dziewczyna, która łączy pracę w hostelu Ionika z organizacją wycieczek po mieście. W sumie był to trzygodzinny spacer po mieście we trzy osoby – Ana, ja i miła Finka, która rano przyjechała nocnym pociągiem z Bukaresztu. Byliśmy razem m.in. na cmentarzu centralnym, który jest położony na wzniesieniu, a z jego terenu widać zimą część miasta. Na nagrobkach często znajdują się ceramiczne fotografie osób, a przy grobach stoją nie tylko ławeczki, ale również stoliki. Jest taka tradycja, że w konkretnych dniach w roku odwiedza się zmarłych i razem z nimi spożywa się posiłki, pije, nawet zaprasza się do takiej biesiady przechodzące obok osoby.

Jest taki film „Panihida” (czyli modlitwa za zmarłych), który przedstawia tradycje i rytuały związane z pożegnaniem zmarłej osoby. To spokojne kino bez komentarza autorskiego. Opłakiwanie zmarłej, wspominki, picie, któremu towarzyszą rozmowy o życiu i umieraniu, śpiewy, kondukt żałobny… Tymczasem i my trafiamy na cmentarzu na pogrzeb młodego mężczyzny. Cichutko przemykamy obok, żeby nie zakłócać ceremonii. Ana pyta opiekuna cmentarnej cerkwi, czy możemy na chwilę zajrzeć do środka. Nie ma problemu. Nieśmiało wchodzimy do wnętrza Cerkwi Wskrzeszenia Wszystkich Świętych

W przedsionku ustawiony jest stół żałobny zastawiony jedzeniem i piciem, przy którym krząta się brodaty sympatyczny „kościelny” o aparycji Czeczena. Po chwili nasze kieszenie są pełne słodyczy, ciastek i owoców. Nie że my tak sami – to „kościelny” wkłada te słodycze w każdą kieszonkę i mówi że tak trzeba. Trzeba też zjeść co najmniej kanapkę i napić się wina. Pijemy wino razem z „Czeczenem”, który mówi, że fajną ma robotę, bo picie w czasie pracy wchodzi w zakres obowiązków służbowych. Do cerkwi wchodzi duchowny, który nas błogosławi i również wypija z nami kubek wina.

Image

A to grób Doiny i Iona, artystów bardzo popularnych w latach 80. i na początku 90. Byli małżeństwem, oboje śpiewali, on również komponował. Tworzyli w języku rumuńskim, poruszali tematykę patriotyczną, byli również aktywni społecznie i dla wielu Mołdawian nierozłącznie wiążą się z epoką odradzania się języka rumuńskiego po czasach radzieckich. Zginęli w wypadku samochodowym w 1992 roku.
https://youtube.com/watch?v=wOOWEEHSQtw&feature=share
Nasza przewodniczka jest ciekawym przykładem na to, że być może mołdawskie wahadło migracyjne osiągnęło jakiś punkt krytyczny. Dziewczyna wyjechała z kraju z rodzicami w wieku kilku lat i dopiero niedawno wróciła. Tak sobie myślę, że nawet jeśli nie wydaje się ona klasycznym przykładem Mołdawianki, bo większość życia spędziła poza krajem, to może dokładnie to najbardziej sprawia że... właśnie jest świetnym przykładem Mołdawianki. Ma doświadczenie życia na emigracji, dzieciństwa spędzonego w Mołdawii i pewną nadzieję, która wyraża się powrotem do kraju rodziców. Jak sama przyznała, nie byłoby tej decyzji bez zmian politycznych, które zaszły w ostatnich latach.

Image

Co takiego się zmieniło? Przede wszystkim od wpływów odsunięto szarą eminencję kraju, „Lalkarza”, który przez dekadę sterował tym, co dzieje się w kraju. Gdyby zrobić plebiscyt na najgorszego człowieka wśród Mołdawian, Vlad Plahotniuc byłby faworytem. Oligarcha, który dorobił się majątku i ogromnych wpływów na przeróżnych szemranych interesach, szantażu, przekupstwie. Zamieszany (to gruby eufemizm na określenie tego, który miesza) w wiele podłości włącznie z handlem ludźmi. Prawdopodobnie główny beneficjent afery miliarda – wyprowadzenia w nieznane miliarda dolarów z mołdawskiego systemu bankowego (2013).

Image

Miliard to jedynka i dziewięć zer, 12 procent ówczesnego PKB kraju. Można za to kupić 300 milionów gorących bułeczek placinte z kapustą, 300 milionów gorących placinte z ziemniakami, 300 milionów gorących placinte z serem i jeszcze zostanie dość kasy, by przy odpowiednich koneksjach i talentach antypersonalnych przez kolejne sześć lat utrzymywać się u władzy mimo skrajnej niepopularności wśród wyborców.

Image

Z samymi wyborcami Vlad jakoś sobie radził, ale w pewnym momencie dość go mieli i Amerykanie, i Rosjanie i UE. Po utracie władzy w 2019 musiał uciekać z kraju i długo unikał aresztowania. Atuty: z twarzy był podobny zupełnie do nikogo, dużo wiedział, wielu znał, miał 16 paszportów, w tym rumuński, meksykański i rosyjski. Zatrzymano go w 2025 roku w Atenach po wejściu na pokład samolotu lecącego do Dubaju. Lepszego prezentu tuż przed wyborami parlamentarnymi nie mogła sobie wymyślić prezydent Maia Sandu i jej partia PAS.

Image

Obecnie Plahotniuc mieszka w areszcie penitencjarnym nr 13 w Kiszyniowie, niedaleko cmentarza centralnego i Complexul Memorial „Eternity” – parku pamięci poświęconego żołnierzom Armii Czerwonej poległym w ofensywie Jassy – Kiszyniów.

Image Image

Ja tego dnia mieszkam w hotelu Equator – dość daleko od Plahotniuca i Lenina, za to całkiem blisko do Stefana Wielkiego oraz na dworzec marszrutek, z którego nazajutrz mam jechać do Naddniestrza. Za 20 euro mam duży pokój z niewiele mniejszą łazienką na trzecim piętrze. Hotel ma dość niskie noty na bookingu, ale mi się podoba. Sam budynek jest ciekawym kuriozum z elementami labiryntu, a z mojego piętra można dyskretnie wyjść na dach.

Image Image

Dodaj Komentarz