0
Sorvali 11 maja 2024 22:34
Zachęcony pozytywnym odbiorem mojej poprzedniej relacji z Polinezji Francuskiej postanowiłem napisać kilka zdań o miejscu z którego wróciłem kilka dni temu.
Myślę, że relacji z południowego Pacyfiku nigdy dość - tym bardziej że praktycznych informacji jak zorganizować pobyt na Wyspie Wielkanocnej jest w polskim internecie niewiele.

O podróży na Rapa Nui myślałem od ponad 20 lat kiedy to natrafiłem na reportaż z podróży Wojciecha Dąbrowskiego. Tajemnicze posągi ustawione w rzędach jak i położenie wyspy i sama odległość od Polski powodowały, że Rapa Nui wydawała mi się od zawsze jednym z najbardziej fascynujących miejsc na naszej planecie.
Planowałem ten wyjazd już kilka lat temu gdy można było jeszcze w całkiem niezłej cenie upolować bilety lotnicze na odcinku Lima-Santiago-IPC. Niestety wiadome wydarzenia z roku 2020 przerwały ten plan. Jeszcze przed pandemią, można było również dostać się bezpośrednio do Hanga Roa z Papeete gdzie byłem w lutym. Obecnie nie jest to jednak możliwe i jedyną opcją dotarcia na lotnisko Mataveri jest 5-godzinny lot linią LATAM z Santiago de Chile.
Oberwowałem ceny tego połączenia od jakiegoś czasu i zauważyłem, że w niskim sezonie (a za taki uznaje się kwiecień-maj) dość często można znaleźć bilety w cenie ok 300000 CLP RT z lotniska w Santiago. Większym problemem był sam dolot do Santiago - połączenia do Chile z Europy są drogie i w większości są to loty z Madrytu czy Barcelony a w ostatnich czasach dostać się tam z dużym bagażem podręcznym nie jest tanio.
Na początku grudnia zauważyłem promocję TAP na loty do Sao Paulo z Mediolanu za ok 1800 PLN RT. Ponieważ termin wybitnie mi pasował (majówka) a przy okazji LATAM oferowało połączenie na Wyspę Wielkanocną w dniach 30.04-3.05 za ok 310000 CLP kupiłem dwa bilety i zacząłęm powoli rysować plan wyjazdu.

Relację z uwagi na ilość lotów i odległość Wyspy Wielkanocnej od PL podzielę na kilka cześci. W ostatniej skupię się na informacjach praktycznych, cenach i postaram się odpowiedzieć na pytania jeśli takie się pojawią ;-) W tej napiszę kilka słów o tym jak się tam dostaliśmy po drodze zaliczając krótki stopover w Santiago.

Loty :

Katowice - Mediolan Bergamo Ryanair
Mediolan Malpensa - Lizbona - Sao Paulo TAP
Sao Paulo - Asuncion - Santiago LATAM
Santiago - Isla de Pascua - Santiago LATAM
Santiago - Rio de Janeiro JetSmart
Rio de Janeiro - Sao Paulo LATAM
Sao Paulo - Lizbona - TAP
Lizbona - Kraków Ryanair

Z uwagi na ograniczoną ilość czasu zastanawiałem się jak najrozsądniej zaplanować przesiadki tak by po drodze coś zobaczyć i podróż nie była zbyt męcząca. Chciałem uniknąć wstawania o 2 w nocy czy koczowania na lotniskach. Postanowiłem więc, że spędzimy weekend nad jeziorem Como, zatrzymamy się w Santiago na 1 dzień w stronę tam i 2 dni w drodze powrotnej oraz na koniec spędzimy dodatkowe 2 pełne dni w Rio de Janeiro. W międzyczasie, na 3 tygodnie przed lotem LATAM zmienił nieznacznie rozkład lotów (o niecałe 30 minut) pozwalając jednak na zmianę godzin/dni rejsów i uznaliśmy wspólnie z Żoną, że zostaniemy dodatkowy dzień na Wyspie Wielkanocnej zamiast spędzać 2 pełne dni w Santiago. Pierwotnie chcieliśmy wybrać się do Valparaiso jednak miejsce to nie jest obecnie zbyt bezpieczne, a że przy okazji temperatura w Chile spadła dość znacznie i zaczęła się prawdziwa jesień stwierdziliśmy że lepiej przedłużyć pobyt na wyspie.

Część I - podróż na Wyspę Wielkanocną.

Start w Katowicach na lotnisku którego szczerze nie znoszę. Olbrzymie kolejki do security oraz zawsze powolna obsługa. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że posiadając kartę Visa Infinite można skorzystać z fast tracka o czym nie wiedziałem wcześniej myśląc że takie udogodnienie jest możliwe tylko w Warszawie. Także, jeśli ktoś posiada tę kartę to pamiętajcie o tej możliwości. Przejście kontroli zajmuje nam zatem mniej niż minutę. Bergamo pomijamy - byliśmy tutaj chyba z 20 razy. Kierujemy się do ulubionej przez nas Varenny i tu następuje pierwszy szok. Tłumy ludzi! Pogoda fatalna (11 stopni, deszczowo i mgliście) nie przeszkodziła połowie kontynentu spędzać majówki we Włoszech. Chińskie i niemieckie wycieczki skutecznie zniechęcają do spędzenia tu większej ilości czasu. A pamiętam jak kilkanaście lat temu po sezonie bywało że byliśmy tu zupełnie sami. Nocleg w Lecco i rano udajemy się na lotnisko Malepnsa odprawić na lot TAP do Lizbony oraz Sao Paulo. Oczywiście odprawę można zrobić online jednak TAP od dłuższego już czasu oferuje płatny wybór miejsc co w praktyce oznacza, że zawsze w ich airbusach A330-900 na lotach long haul wylądujecie na środkowych fotelach w układzie 2-4-2. Alternatywą jest podmiana miejsc online na 36h przed wylotem, a następnie udanie się do okienka odprawy biletowo-bagażowej na 3h przed danym lotem. Wtedy obsługa wydrukuje Wam bilety na wybrane przez Was miejsca i nie musicie za to płacić dodatkowo po ok 200 PLN od osoby (w drodze powrotnej przydzielono nam nawet w ten sposób miejsca w premium economy). W Lizbonie mamy 3.5h na przesiadkę - za mało by wyjść na miasto, i za dużo by siedzieć na tym jednym z najgorszych lotnisk w Europie. Dodatkowo, w godzinach 14:00-16:00 nie ma możliwości skorzystania z business lounge więc czas mija wyjątkowo powoli.
Sam lot do Sao Paulo trwa niecałe 10h - bagażu podręcznego nikt nie mierzy ani nie waży, oferta gastronomiczna jest taka sobie, podobnie jak nowości kinowe w rozrywce pokładowej. Za tą cenę jednak nie mamy prawa narzekać. Na plus do posłuchania kilka płyt Moonspella - kraj przewoźnika zobowiązuje :-) Słyszałem o lotnisku w Sao Paulo tylko złe opinie jednak jesteśmy pozytywnie zaskoczeni - kontrola paszportowa trwa minutę, podobnie jak kontrola bagażu.
Nocujemy przy lotnisku w jednym z hoteli położonych najbliżej terminalu - w pakiecie miał być transfer lotniskowy, jednak nikt go nie zaoferował ani nie odpisywał na maile gdy próbowałem się kontaktować z hotelem. Nie polecam więc Comfort Hotel Guarulhos. Bierzemy ubera za kilkanaście reali tylko po to by przespać się kilka godzin przed porannym lotem do Santiago z przesiadką w Asuncion.
Zapewne zastanawiacie się dlaczego akurat w taki sposób lecimy do Chile zamiast skorzystać z lotu bezpośredniego. Odpowiedź jest prosta - brak świadomości jak kształtują się ceny na loty międzykrajowe w Ameryce Płd. Pamiętam z pobytu przed prawie dekadą, że im wcześniej kupowało się bilet tym był on tańszy - na kilka tygodni przed lotem cena potrafiła zwiększyć się o kilkaset procent. Obecnie już tak nie jest - szukając biletów w styczniu koszt lotu bezpośredniego na trasie Sao Paulo - Santiago wynosił ok 200 $ za osobę, natomiast lot z przesiadką w Paragwaju połowę tej ceny. Tuż przed samym wylotem okazało się, że w podobnej kwocie można było zakupić bilet na trasę bezpośrednią. Cóż, przynajmniej zobaczymy sobie stolicę Paragwaju z góry.
Pobudka dość wcześnie rano, szybkie śniadanie w saloniku Banco Safra na lotnisku GRU (polecam - jeden z najlepszych saloników w jakich byliśmy, standard na poziomie Wiednia) i wchodzimy na pokład samolotu do Asuncion. Tu kolejne zaskoczenie - boarding na loty LATAM w Ameryce Płd rozpoczyna się już godzinę przed lotem, zapewne z uwagi na mentalność i podejście do życia latynosów - nikt tu się nigdzie nie spieszy. Obłożenie lotu na poziomie 30% - oprócz nas głównie Paragwajczycy i kilku Chińczyków w garniturach fotografujących infrastrukturę lotniska i okolic. Czyżby wysłannicy chińskiego rządu w celu sprzedania usług na remont i rozbudowę lokalnej infrastruktury ? Ola i Borys z Planety Abstrakcja mieli rację - nikt nie odwiedza tego kraju. Sam transfer w Asuncion też wygląda ciekawie - czekamy razem z kilkoma osobami przy zamkniętych drzwiach. Po kilku minutach przychodzi człowiek który je otwiera (a który wcześniej kontrolował bagaże) i prowadzi na piętro wyżej do hali odlotów. Następnie zajmuje zaszczytną funkcję ochroniarza na pierwszym piętrze. Wygląda to trochę jak rola tancerza egzotycznego w filmie Narzeczony mimo woli z Sandrą Bullock i Ryanem Reynoldsem. Jeden człowiek od wszystkiego. Samo lotnisko jest malutkie - bodajże 6 gate'ów i kilka lotów na cały dzień. Asuncion z góry wygląda dość przygnębiająco - wydaje się, że tylko główne drogi w mieście są wyasfaltowane, chociaż tak naprawdę niewiele widzieliśmy ponieważ główna część miasta z naszych miejsc nie była widoczna. Chętnie jednak wróciłbym tutaj na dłużej by zmienić zdanie o tym miejscu. Lecimy do Santiago przy fantastycznej pogodzie, możemy więc z góry podziwiać ośnieżone Andy i zielone doliny. Przelatujemy gdzieś nad miejscem gdzie rozbił się samolot lotu Fuerza Aerea 571 w 1972 roku z drużyną urugwajskich rugbystów zmierzających na mecz do Santiago. Zastanawiamy się, jak mogli oni przetrwać kilka tygodni w tym miejscu i w tych warunkach.
W Santiago meldujemy się po 14 - jesteśmy zdziwieni ilością obcokrajowców - stoimy w kolejce do odprawy paszportowej prawie godzinę. Bierzemy ubera do miasta i kierujemy się w stronę Sanhattanu - finansowej dzielnicy Santiago. Nocujemy dość blisko Torre Costanera - najwyższego budynku Ameryki Południowej. Mamy wystarczająco dużo czasu by pospacerować po okolicy Providencii oraz wjechać na 64 piętro na taras widokowy (bilet w cenie 18000 CLP od osoby) gdzie czekamy na zachód słońca obserwując majestatyczne Andy i olbrzymie, ponad 7-milionowe miasto z góry. W Santiago spędzimy jeszcze całą niedzielę w kolejnym tygodniu przy okazji spotykając się z Moniką Trętowską - polską dziennikarką i autorką książki "Chile. Dalej być nie może" - poświęcę temu oddzielny wpis.
Kupujemy jeszcze kartę SIM (40G/6000 CLP)- jeśli dobrze pamiętam w Chile jest 4 operatorów sieci komórkowych i najwięcej osób polecało sieć WOM na pobyt na Wyspie Wielkanocnej. Nieprawda! Jeśli planujecie wyjazd na WW, zakupcie kartę w sieci Entel - to jedyna sieć która jako-tako tam działa. Karta WOM okazała się bezużyteczna, ale o tym napiszę później.
Pobieramy też trochę gotówki z bankomatu na parterze w Torre Costanera i tu kolejne zaskoczenie - opłaty za korzystanie z kart kredytowych jak i wybierania gotówki są w Chile jednymi z najwyższych na świecie. Nie dość, że jednorazowy limit wypłaty to 200000 CLP to prowizja od każdej takiej transakcji to 8500 CLP a więc prawie 40 PLN.
Równie wysokie są opłaty za płatności kartą kredytową - przy każdej próbie płatności kartą będziecie pytani - debito czy credito? O ile płatność kartą debetową jest bez opłat (i wlicza sie w to Revolut) o tyle płatność kartą kredytową, również Visa Infinite objęta jest prowizją od 5 do nawet 8% (od każdej płatności)
Gotówka jest nam potrzebna na opłacenie przewodnika na Wyspie Wielkanocnej (jest niezbędny od 2022 roku) oraz wynajem samochodu na miejscu. Za wszystko inne można tam zapłacić kartą.
Nocujemy w hotelu w dzielnicy Providencia i rano zbieramy się na samolot do Hanga Roa. Linia LATAM jest monopolistą i jedyną linią obsługującą to połączenie. Lot trwa 5h i jest realizowany Dreamlinerem. Obłożenie na poziomie 40% - spodziewałem się kompletu, więc to było zaskoczenie. W czasie rejsu serwowany jest ciepły posiłek oraz napoje a obsługa jest fantastyczna (chociaż z angielskim, jak u większości Chilijczyków jest u nich słabo). Zmieniamy strefę czasową o kolejne 2 godziny i lądujemy na malutkim lotnisku Mataveri w Hanga Roa. Czeka już na nas Nicolas z pięknymi świeżymi kwiatami które zakłada nam na szyję (nie powitano nas tak ani na Hawajach ani na Tahiti :-)) i zawozi do wynajmowanej przez nas 'cabana' czyli niewielkiego domu na wynajem.CZĘŚĆ II - pierwszy kontakt z Wyspą Wielkanocną

An isle, a bright shining isle
stands forever, alone in sea
Of rock and of sand and grass
and shale, the isle bereft of trees

Small. A speak in the wide blue
sea. 'Tis the last of all the land
A dweller upon our lonesome
isle, the last, lonely man?

Tak zaczyna się "The Light at the End of the World" - monumentalny, kilkunastominutowy utwór zespołu My Dying Bride. Czy to właśnie Wyspę Wielkanocną miał na myśli Aaron Stainthorpe pisząc te słowa? Czy wiedział o historii Rapa Nui i kulcie birdmana (Tangata-Manu - zwycięzcy corocznych, rytualnych zawodów polegających na zebraniu jaja dzikiego ptaka - manu tara - który pojawiał się raz w roku na pobliskiej wysepce Motu Nui i przetransportowaniu go przez morze do wioski Orongo zbudowanej na kraterze Rano Kau) ?
Wydaje się, że izolacja oraz odległość od brzegów najbliższych kontynentów spełnia warunki wyspy opisywanej w tym utworze. A historia o której opowiada, mogłaby zdarzyć się na Wyspie Wielkanocnej gdyby nie francuski misjonarz z Tahiti - Joseph-Marie Verdier oraz Policarpo Toro - kapitan chilijskiej marynarki wojennej dzięki których staraniom w latach 1887-1888 podpisano tzw Porozumienie Testamentów w którym przewodniczący rady wodzów Rapa Nui przekazał suwerenność wyspy Chile co w konsekwencji dało możliwość ich integracji z tym krajem. Aneksja do Chile dała tę korzyść, że zagraniczni handlarze niewolników nie zabierali już więcej mieszkańców Rapa Nui - można się nawet pokusić o stwierdzenie że dzięki temu zachowano rdzenną populację gdyż w tych latach wynosiła ona niewiele ponad 100 osób.

Nazwa Wyspa Wielkanocna wzięła się od daty przybycia holenderskich marynarzy w 1722 roku - którzy pod dowództwem Jacoba Roggevena dotarli tutaj w niedzielę wielkanocną 5 kwietnia.
Pierwsi ludzie dotarli tutaj jednak o wiele wcześniej, prawdopodobnie między X a XII wiekiem z pobliskich terenów aktualnej Polinezji Francuskiej (tak też przedstawia zasiedlenie Rapa Nui m.in muzeum Tahiti na obrzeżach Papeete gdzie byliśmy kilka tygodni wcześniej - chociaż temat ten jest dość skomplikowany i do dziś wzbudza dyskusję wśród badaczy)
Według lokalnej legendy polinezyjski król Hotu Motu'a we śnie zobaczył jak jego dusza przelatuje nad oceanem i dostrzega Rapa Nui. Wysyła więc siedmiu zwiadowców którzy mają przeprawić się przez ocean a następnie zlokalizować wyspę oraz znaleźć ludzi którzy mogliby się na niej osiedlić. Następnie sam przybywa z setką mężczyzn, kobiet i dzieci na ląd w okolicy plaży Anakena i zasiedla wyspę. Wspomnianych 7 zwiadowców jest dzisiaj reprezentowanych przez 7 moai w Ahi Akivi - jedynym miejscu gdzie moai skierowane są twarzą w stronę oceanu a nie lądu. Prawodpodobnie zostały tak ustawione by chronić marynarzy i pomóc nawigatorom.
Holendrzy oszacowali populację na ok 3000 ludzi, podczas gdy James Cook 52 lata później szacował ją już tylko na 700 osób. Prawdopodobnie już wtedy wewnętrzne konflikty wśród miejscowej ludności powodowały dziesiątkowanie populacji które w kolejnych dekadach jeszcze bardziej się nasiliło przez m.in deportację ludności do Peru czy choroby zakaźne które przywieźli Holendrzy a następnie Hiszpanie i Francuzi. Dopiero wspomniana wcześniej aneksja wyspy przez Chile odwróciła ten trend i następowało powolne zasiedlanie wyspy.
Na początku XX wieku wyspę kupiła angielska firma zajmująca się hodowlą owiec, co spowodowało że mieszkańcy nie mogąc już uprawiać ziemii musieli pracować na farmach by zdobyć żywność. Zostali też zepchnięci do jedynej osady - Hanga Roa - gdzie przebywali aż do lat 60tych XX wieku. Dopiero w 1953 roku kontrakt brytyjskiej firmie został wypowiedziany a wyspa została przekazana pod administrację chilijskiej marynarce wojennej. Kilkanaście lat później, w 1966 roku wyspa została całkowicie otwarta. Pomogło temu z pewnością wybudowanie lotniska Mataveri które w tamtym czasie stanowiło zapasowe miejsce lądowania amerykańskich promów kosmicznych. Pierwszy lot LAN Chile zrealizowało w roku 1967 o czym świadczą archiwalne zdjęcia w hali głównej lotniska.
Tyle rysu historycznego (chociaż pewnie jeszcze do tego wrócę) by nie zanudzać zbytnio. Fascynujące jest jednak to, że mimo takiej izolacji i dziesiątkowania populacji przez wieki ludność Rapa Nui zachowała swoją tożsamość, legendy, intrygującą kulturę oraz język który niewiele różni się od języka używanego dziś np na Tahiti. Po wcześniejszym pobycie na Polinezji Francuskiej oraz w Chile mogę stwierdzić że kulturowo zdecydowanie bliżej jej dziś do Polinezji niż do Chile.

Wyspa jest niewielka, ma tylko 163 km2 i jej najbardziej odległe punkty na mapie samochodem dzieli ledwie pół godziny jazdy. Ma kształt rogalika i zamieszkuje je obecnie niecałe 8 tysięcy ludzi (wg internetów) lub niecałe 10 tysięcy ludzi (wg naszego lokalnego przewodnika). Widząc ilość samochodów, korkujące się główne ulice wieczorami jestem skłonny uwierzyć w tą drugą wersję. Wszyscy zamieszkują jedyne miasteczko - Hanga Roa - na terenie którego znajduje się również malutki port lotniczy Mataveri. Reszta wyspy to park narodowy.
Na terenie Rapa Nui jest aktualnie 887 posągów moai wykutych z tufu wulkanicznego w kraterze Rano Raraku (oprócz jednego, wykonanego z bazaltu który aktualnie znajduje się w Londynie). Kilkadziesiąt z nich stoi dumnie na ahu (platformach) m.in - wspomniane wcześniej Ahu Akivi, Anakena, Tahai czy monumentalne Ahu Tongariki odbudowane przez japońską firmę w latach 1992-1996 po fali tsunami z roku 1960 które zmiotło je wszystkie z powierzchni. Pozostałe stoją właściwie wszędzie - na lotnisku, w mieście, ogródkach mieszkańców czy na terenach kraterów w środowej części wyspy. Niektóre mają oczy wykonane z koralowca, co z początku powodowało nasze zwątpienie czy to prawdziwe moai czy odtworzone :)
A czym właściwie są Moai ? To masywne, ciężkie (średnio ważące 10 ton) monolityczne figury przedstawiające prawdopodobnie przodków lub dawnych bogów czczonych przez rdzennych mieszkańców. Skierowane są w stronę lądu i dawnych osad co spełniać miało funkcję ochronną nad mieszkańcami. Nasz przewodnik uważał, że spełniały też funkcję pośredników między ziemią a niebem czy też między rdzennymi ludźmi a bóstwami które się nimi opiekowały. Na dowód przytoczył historię pewnej turystyki z Australii która przybyła kilka lat temu na Rapa Nui tylko po to by "przewieźć" duszę zmarłej osoby której przodkowie pochodzili z Rapa Nui a sama nie miała możliwości dotarcia do tego miejsca. Zażądała ona, by podwieźć ją do Ahu Akivi gdzie spędziła kilka minut na modlitwie i po ostatecznym przetranportowaniu duszy bliskiej osoby poprosiła by odwieźć ją do hotelu ponieważ jej misja została zakończona. Nie była zupełnie zainteresowana oglądaniem czegokolwiek innego na wyspie.

Przylatujemy z Santiago po 5 godzinnym locie i zostajemy odebrani z lotniska przez naszego gospodarza - bardzo sympatycznego Nicolasa w którego cabana na wynajem zatrzymamy się na kolejne 4 noce. Z lotniska przewozi nas przez całe miasto pokazując najważniejsze jego punkty i opowiadając o wyspie. To nic że niewiele rozumiemy po hiszpańsku (jeszcze w lokalnym dialekcie) a on nie mówi absolutnie nic po angielsku. Uśmiech załatwia wszystko. Jest wczesne popołudnie a samochód zarezerwowany na 3 kolejne dni u lokalnej mieszkanki mamy otrzymać dopiero nazajutrz, uznajemy więc że niespiesznie przejdziemy się po mieście i zobaczymy co można tu robić. Zaskakuje nas ilość restauracji, sklepów z rękodziełem i pamiątkami, piekarni (empanady na każdym kroku) czy mini-marketów. Jest tu też jeden kościół i stacja benzynowa czynna tylko w godzinach 9-21. Jemy lunch w polecanej restauracji Te Moana - już sama przystawka wystarcza dla 2 osób a zamówiliśmy jeszcze danie główne. Ostrzegano nas przed rozmiarami porcji zamawianych posiłków na Rapa Nui i była to prawda, uważajcie na to gdy tu będziecie. Kuchnia jest zbliżona do tej z Tahiti z domieszką kuchni chilijskiej - dominują więc surowe ryby w każdej odmianie (rewelacyjne ceviche, tataki, sashimi czy mahi-mahi) oraz empanady. Hitem jest połaczenie jednego z drugim a więc ceviche podane w cieście z empanady z sosem limonkowo-kolendrowym. Wieczór spędzamy bez planu - obserwujemy treningi wioślarskich szóstek, włóczymy się po mieście, zaglądamy na lokalny cmentarz gdzie zaskakuje nas religijny synkretyzm - "uczłowieczone" posągi moai przy katolickich grobach. Kierujemy się na wzgórza Ahu Tahai znajdujące się kilkanaście minut spacerem od miasta - jest to jedno z dwóch miejsc gdzie można obserwować szereg posągów na platformie ahu bez konieczności wykupienia biletów wstępu do parku narodowego (80 USD za wejście, ważny przez 10 kolejnych dni od zakupu). Jest to też najpopularniejsze miejsce do podziwiania zachodu słońca na wyspie (na wschód jeździ się na Ahu Tongariki, tam jednak potrzebny jest już bilet oraz przewodnik).

No własnie, przewodnik. Do 2022 roku nie było potrzeby korzystania z usług przewodników - z bliżej nieokreślonego powodu - czy to przez pożar który wtedy nastąpił, czy też stymulowanie lokalnej gospodarki po tym jak wyspa a właściwie teren parku narodowego (80% wyspy) wrócił w ręce ludności Rapa Nui niezbędny jest już wynajem przewodnika by podziwiać najpopularniejsze miejsca wyspy w tym m.in "fabrykę" moai Rano Raraku, Ahu Tongariki czy Ahu Akivi. Oficjalną listą przewodników z uprawnieniami dysponuje lokalna informacja turystyczna położona niedaleko jedynego w mieście stadionu, sugeruję jednak rezerwację z wyprzedzeniem przez social media - niewielu z nich mówi w języku angielskim i Ci najlepsi są rezerwowani z kilkutygodniowym wyprzedzeniem. Stawki są negocjowalne - kontaktując się z kilkoma osobami jeszcze przed wyjazdem dostawałem różne propozycje - niektórzy podawali stawkę dzienną za osobę (nawet 100 USD), inni podawali stawkę niezależną od ilości osób w CLP. W ten sposób skontaktowałem się z polecanym na forum Joaquinem Solerem Hotu i zarezerwowałem jego usługi na dwa pierwsze dni maja. Jakie było moje zdziwienie, gdy dzień przed napisał że nie da jednak rady nas oprowadzić ale wyśle swojego ojca ;-)
Pomyśałem że starszy pan pewnie nie mówi po angielsku więc niewiele się dowiemy...

Następnego dnia o tej samej umówionej godzinie 09:00 czekaliśmy na osobę która miała nam przywieźć samochód (płatny oddzielnie - można też wynając usługę przewodnika z samochodem, chcieliśmy jednak mieć 1 dodatkowy dzień bez przewodnika by móc we własnym tempie pokręcić się po wyspie) oraz przewodnika.
Pierwszy przyjechał przewodnik, spóźniony o 30 minut. Samochód dotarł kolejne 15 minut później - Pan Carlo z uśmiechem nawet nie przeprosił za opóźnienie, które było jednak dość stresujące z uwagi na wspomniane wcześniej problemy z dostępem do internetu i sieci komórkowej. Posiadając kartę SIM w sieci WOM internet mieliśmy tylko przez godzinę około 5-6 rano oraz czasami kilkanaście minut po godzinie 21:00. Nie działał messenger ani pisanie na whatsapp - o dziwo czasami udawało się zadzwonić przez tę ostatnią aplikację (działaly nawet videorozmowy). Carlo urzekł mnie procesem wynajmu samochodu - na moje pytanie czy spisujemy umowę wynajmu lub czy potrzebuje ode mnie dokumenty zadał tylko jedno pytanie - czy umiem prowadzić samochód z manualną skrzynią biegów? Na twierdzącą odpowiedź rzucił mi kluczyki i tyle go widziałem :-)

Nasz przewodnik - Juan Soler Bolt - ojciec Joaquina był niesamowitym człowiekiem. Jemu i jego opowieściom poświęcę kolejny wpis a teraz wspomnę tylko, że był pierwszym dziennikarzem i sprawozdawcą radiowym na wyspie, pierwszym komentatorem sportowym (komentował na żywo pierwszy mecz chilijskiego Colo Colo w Copa Libertadores w roku 1981 dla lokalnej ludności - do tej pory otrzymywali suchy wynik zwykle 2 dni po spotkaniach toczonych w weekend), pierwszym browarnikiem na wyspie itd..
Nie tracąc czasu wsiadamy do samochodu i jedziemy na zwiedzanie - pierwszego dnia zaczynamy od trasy południowej i odwiedzamy kolejno Ahu Akahanga (małą wioskę gdzie znajduje się grobowiec króla Hotu Motu'a, Ahu One Makihi (gigantyczny moai leżący twarzą do góry) i fabrykę moai Rano Raraku. To tutaj przez wieki tworzono te gigantyczne posągi a stworzenie jednego zajmowało setce osób średnio pół roku. Jest to miejsce gdzie w ramach biletu wstępu można pojawić się tylko raz, tym bardziej więc doceniamy pogodę - dzień jest piękny i słoneczny a temperatura ok 23 stopni idealna do przebywania na zewnątrz. Większość najpopularnijeszych zdjęć z Wyspy Wielkanocnej pochodzi właśnie stąd lub pobliskiego Ahu Tongariki który widać z jednej z platform w Rano Raraku. Spoczywa tutaj również największy stworzony moai - potężny 21 metrowy kolos - który jednak nigdy nie został spionizowany. Odległość Rano Raraku od wybrzeży wyspy oraz jego centralna lokalizacja jeszcze bardziej działa na ludzką świadomość i każe zadać pytanie jak Ci ludzie byli w stanie przetransportować kilkunastotonowe posągi w stronę oceanu...
Tego dnia jedziemy jeszcze kolejno do Ahu Tongariki(tutaj trochę się uparłem, ponieważ przewodnik chciał jechać tam kolejnego dnia ale wolałem wykorzystać dobrą pogodę), Pu o Hiro i Paka Vaka. W okolicy Ahu te Pito Kura odwiedzamy wioskę rybacką gdzie oglądamy pozostałości inkaskiej świątyni co świadczy o ludności pochodzenia południowoamerykańskiego która tutaj zamieszkiwała. O krótko i długouchych mieszkańcach wyspy jeszcze napiszę w kolejnym wpisie. W bonusie wysłuchujemy historii Juana o jego near-death experience oraz duchach przeszłości które go ochroniły przed śmiercią którą widział w oczach podczas zawału serca który przeszedł kilka lat wcześniej.
Dzień z Juanem kończymy na plaży Anakena gdzie w popołudniowym słońcu obserwujemy platformę z kolejnymi 7 moai - położonymi chyba w najefektowniejszym miejscu na wyspie wśród setek palm kokosowych przywiezionych tutaj z Tahiti w latach 50tych XX wieku. Jest to drugie z bezpłatnych miejsc które można odwiedzić bez zakupu biletu wstępu do parku narodowego.
Teren moai oraz okolicznej plaży jest bardzo zadbany i uporządkowany - jest to ulubione miejsce mieszkańców Hanga Roa do spędzania weekendów i wolnego czasu - trafiamy akurat na lokalne święto więc mnóstwo osób grilluje, imprezuje czy wypoczywa i czujemy się jak na rajskich wakacjach (odwrotnie do Tahiti, gdzie przez tydzień naszego pobytu padało bokiem i od spodu).
Wracamy do Hanga Roa i ponownie ruszamy na zachód słońca w okolice Ahu Tahai.Właściwie masz rację, jednak przez bliskość kulturową Polinezji wahałem się czy umieścić ją tutaj, czy w Ameryce Płd. Pozwólmy zatem moderatorom o zdecydowanie gdzie ma być!CZESC II CD - Wyspa Wielkanocna

Kolejny dzień rozpoczynamy bardzo wcześnie rano, ponieważ zależało nam na pojechaniu na wschód słońca na Ahu Tongariki. Przewodnicy zwykle traktują to jako opcję dodatkowo płatną (oferty zaczynają się od 50 USD jednak na grupie FB poświęconej turystyce na Rapa Nui widziałem również takie za ok 30000 CLP). Juan początkowo nie za bardzo chce jechać, ale udaje nam się jakoś ustalić że rozpoczniemy wschodem słońca, potem wrócimy do Hanga Roa na śniadanie i odpoczynek a nastepnie skupimy się na południowej stronie wyspy. W konsekwencji braknie nam czasu by zobaczyć m.in Puna Pau jednak podziwianie wschodu słońca było naszym numerem 1 od początku wyjazdu i nie chcemy z tego rezygnować. Zbieramy się przed 6 rano i jedziemy po Juana, czeka już na nas z zestawem składanych krzeseł i kawą oraz herbatą. Tego się nie spodziewaliśmy i tym bardziej doceniamy o tej godzinie. Na Wyspie Wielkanocnej są dwie drogi którymi można dojechać na północny wschód i w stronę plaży Anakena. Lepsza, wygodniejsza i krótsza przez środek wyspy, wyremontowana całkiem niedawno. I dwukrotnie dłuższa wzdłuż południowego wybrzeża - widokowa, zahaczająca o Ahu Tongariki - dziurawa jak cholera. Dojeżdżamy do ustalonego miejsca po drodze wpadając kilka razy w kilkudziesięciocentymetrowe dziury około 6:30. Jest jeszcze całkowicie ciemno jednak oprócz nas czeka już kilka osób na pojawienie się strażnika i możliwość wejścia do środka. Po chwili niespodzianka, przyjeżdża wycieczka kilkudziesięciu Chinczyków. A miało być tak kameralnie..
Teren jest jednak spory więc w ogóle nie odczuwamy ilości osób, każdy jest w stanie znaleźć takie miejsce by nie przeszkadzać innym. O tej porze roku słońce nie pojawia się bezpośrednio za platformą Moai jednak wschód słońca i tak robi na nas wrażenie. Nawet rozpuszczalna "kawa" Juana smakuje w tej scenerii całkiem nieźle.
Kontemplując posągi i podziwiając zmieniające się kolory spędzamy tak kolejną godzinę - Juanowi mimo że jest tu kilkadziesiąt razy w roku również się podoba, tym bardziej że ma okazję w spokoju pogadać z innymi przewodnikami. Jesteśmy pod wrażeniem jakim szacunkiem cieszy się wśród lokalnej społeczności.
Wracamy do Hanga Roa na krótką przerwę - odstawiamy Juana przy okazji otrzymując od jego żony kilka mango prosto z drzewa - są mniejsze niż te afrykańskie, wyglądają raczej jak nektarynki ale w smaku są wyborne.

Spotkamy się z nim przed południem i jedziemy na drugą stronę miasta za lotnisko Mataveri. Kierujemy się w stronę zachodnich klifów gdzie możemy posłuchać o zawodach i kulcie Birdmana (Tangata Manu). Zawody te trwały przez prawdopodobnie kilka stuleci aż do początków XIX wieku. Raz w roku, w trakcie migracji na wyspę dzikiej rybitwy, przedstawiciele klanów stawali do rywalizacji w zawodach pływacko-wspinaczkowych. Zadanie polegało na przepłynięcie wpław do pobliskiej wyspy Motu Nui, zebraniu jaja i przetransportowaniu go z powrotem na Wyspę Wielkanocną, wspięciu się na pobliski klif Orongo i wręczeniu go prowadzącemu uroczystości. Zwycięzca był darzony niesamowitym szacunkiem, ponoć nie można było nawet na niego spojrzeć by nie zostać przeklętym. Legenda zawodów birdmana o której można poczytać również w przygotowanej przy wejściu do Orongo wystawie wskazuje, że wiele osób ginęło w trakcie prób w co za bardzo nie chce wierzyć Juan który uważa że taki dystans to i on w swym wieku pokonałby bez żadnego problemu. Zawody zostały zakazane przez wspomnianych wcześniej chilijskich misjonarzy po aneksji wyspy przez Chile. Po chwili dojeżdżamy do samej wioski i możemy przyjrzeć się zabudowaniom. Wieje jak diabli, jednak widok na krater wynagradza wszelkie niedogodności. Miejsce jest absolutnie niesamowite i aż nie chce się wierzyć że jeszcze kilkadziesiąt lat temu kobiety żyjące na Rapa Nui schodziły do krateru Rano Kau robić pranie, gdyż jest to jedyne miejsce ze słodką wodą na wyspie. O tej i innych ciekawostkach możecie przeczytać w książce Moniki Trętowskiej :-) Niedaleko też stał jedyny moai wykonany z bazaltu który został podarowany Wielkiej Brytanii i mozna go obecnie podziwiać w muzeum w Londynie.
Orongo, oprócz Rano Raraku jest jednym z dwóch miejsc do którego można wejść tylko raz - nawet posiadając bilet wstępu do parku narodowego ważny 10 dni. Warto więc zdecydowanie poczekać na dobrą pogodę.

Z Orongo jedziemy jeszcze w trzy kolejne miejsca - Vinapu, Ahu Huri A Urenga i Ahi Akivi. Ahu Vinapu znajduje sie we wschodniej stronie Mataveri i jest kolejnym dowodem na przebywanie w tych rejonach ludów pochodzenia inkaskiego (taką teorię zresztą propagował m.in Thor Heyerdahl którego z pewnością kojarzycie z przeprawy na pobliskie Tuamotu drewnianą tratwą Kon-tiki w roku 1947). Uważał on, że pierwszymi mieszkańcami Rapa Nui wcale nie byli rdzenni polinezyjczycy którzy przypłynęli tutaj ze wschodnich wysp aktualnej Polinezji Francuskiej lecz inkaskie ludy przybyłe z Peru około 400 roku n.e. Ci pierwsi (którzy w końcu i tak się tu zjawili) ozdabiali (jednocześnie obciążając) uszy wielkimi kolczykami które rozciągały nienaturalnie płatki uszu - stąd uznawani byli za 'długouchych'. 'Krótkousi' - a więc inkaska opozycja wg Heyerdahla - z kolei zajmowali się głównie wyrabianiem posągów w Rano Raraku. Teoria ta nie przetrwała próby czasu (nie wierzy w nią również Juan) tym bardziej że nie ma dziś żadnych śladów po długouchych, faktem jest że między klanami musiało dochodzić do wielu konfliktów co spowodowało depopulację wyspy w XVIII wieku jak i zniszczenie w tym czasie wielu moai. A ruiny świątyń, bardzo podobnych do tych inkaskich w Peru jednak przetrwały.
Na terenie Vinapu znajduje się również jedyny na wyspie posąg moai-kobiety (po prawdzie ciężko to dostrzec) oraz okrągły katafalk na kości które nie zostały całkowicie spalone podczas kremacji dokonywanych przez mieszkańców tej wioski. Co ciekawe aktualnie nie kremuje się już zwłok na wyspie (lub jeszcze nie).
Tutaj też mamy okazję wysłuchać kolejnej ciekawej opowieści przewodnika - tym razem o duchach przodków - które to pomogły mu wyjść cało z sytuacji zagrożenia gdy został zaatakowany przez jednego z sąsiadów krótko po przybyciu na wyspę. Broniąc się krzyknął do agresora, że nie jest sam tylko jest z nim tysiące (przodków) którzy go chronią. W naszej kulturze pewnie zostałby uznany za kogoś niespełna rozumu - jednak ów agresor - mieszkaniec wyspy przejął się tym bardzo i już nigdy go nie niepokoił.
Ahu Huri A Urenga to z kolei samotny moai pośrodku niczego - tzw. moai z czterema rękami zwrócony ku niebu. Symboliczne znaczenie czterech rąk nie jest znane, jednak jego usadowienie i kierunek jest astronomicznie związany bezpośrednio z przesileniem zimowym. W najkrótszy dzień w roku jest skierowany prosto ku wschodzącemu słońcu. Został odrestauraowany i usadowiony tutaj w roku 1972, jednak niewiele osób go odwiedza. Co istotne, by tu przyjechać nie trzeba mieć przewodnika ani biletu do parku - nie ma tutaj strażnika.

Ostatnim miejscem które odwiedzamy z Juanem jest Ahu Akivi - platforma z 7 moai, jedynymi skierowanymi w stronę morza nie lądu o których pisałem już wcześniej.
Popołudnie spędzamy spacerując po dwóch głównych ulicach Hanga Roa, zajadając się po raz kolejny surową rybą i oglądając zachód słońca nad Ahu Tahai.
Kolejny dzień jest naszym ostatnim pełnym dniem na wyspie. Nie mamy już przewodnika jednak wciąż mamy samochód więc jeździmy trochę po wyspie na własną rękę. Rano dość mocno leje, jednak dość szybko się wypogadza i Nicolas mówi nam byśmy jechali na północ w stronę Anakeny bo tam nie pada. Widoki po drodze przypominają bardziej Islandię niż egzotyczną wyspę na pacyfiku, tym bardziej że wokół biega swobodnie sporo krów i dzikich koni. Tu ciekawostka - podczas pandemii gdy wyspa była jeszcze bardziej odizolowana niż zwykle, a turyści przez ponad rok tutaj nie przylatywali mieszkańcy obawiali się, że będą musieli w ostateczności je zjadać by przetrwać. Na szczęście do niczego takiego nie doszło a konie dzisiaj pięknie urozmaicają krajobraz (przy okazji niszcząc co jakiś czas porozrzucane tu i ówdzie moai i resztki pierwotnych zabudowań).
Kierujemy się na północ zatrzymując się przy drugiej (i ostatniej) z plaż - Ovahe. Nic specjalnego a z uwagi na poziom wody nie jesteśmy w stanie nawet do niej dotrzeć (i w tych warunkach właściwie jej nie ma). Jedziemy więc raz jeszcze do Anakeny i tam spędzamy większość dnia. Jest piątek rano, dzień roboczy więc ludzi jest garstka. To chyba nasze ulubione miejsce na całej wyspie. Godzinami podziwiamy platformę z siódemką moai z których aż cztery mają na głowach pukao - czyli imitację włosów (a nie nakrycie głowy czy też kapelusz jak myśli większość osób - z naszą teorią o ukrytej opcji uzbeckiej Juan nie chciał się zgodzić ;-))
Wracając raz jeszcze zahaczamy o Ahu Tongariki - bez przewodnika nie możemy już wejść na ich teren, jednak tak jak ktoś pisał wcześniej na forum - najlepsze zdjęcia i tak można zrobić "zza płotu" na co dowód załączam poniżej. Resztę czasu spędzamy w Hanga Roa - tym razem odwiedzamy przy okazji targ lokalnych pamiątek gdzie wybór jest naprawdę spory. Ceny są wysokie, ale do negocjacji - tak zostajemy nabywcami m.in lokalnie wykonywanych rysunków na papirusie - im większy (i niezniszczony) kawałek tym drożej. Załatwiamy formalności wyjazdowe, kręcimy się po lokalnym mini-markecie (ochroniarz widząc mnie kolejny raz z uśmiechem każe mi przybić 'żółwika') i tankujemy samochód na jedynej stacji benzynowej (do której spore kolejki są o każdej porze dnia- są tu tylko dwa dystrybutory na 10 tysięcy osób).
Następnego dnia Nicolas podrzuca nas dość wcześnie na lotnisko - mamy jeszcze sporo czasu by pooglądać zdjęcia i poczytać o historii tego miejsca czy wbić sobie lokalne pieczątki na pocztówki (lub do paszportu jak ktoś lubi ryzyko). Odprawa idzie bardzo sprawnie, chociaż tym razem na pokładzie jest komplet pasażerów - widocznie ta setka Chińczyków przyleciała dzień po nas, natomiast wrócić musimy już wspólnie. Lecimy godzinę krócej niż w pierwszą stronę i sprawnie łapiemy ubera do dzielnicy Las Condes w Santiago. Przed nami jeszcze cała niedziela w tym mieście oraz kolejne 2 dni w Rio de Janeiro.Zanim wrzucę ostatni post o Santiago oraz Rio to jeszcze trochę informacji praktycznych o pobycie na Wyspie Wielkanocnej :

waluta - peso chilijskie. 1000 CLP to ok 4,30 PLN. Dla łatwiejszego przelicznika można przyjąć 1000 CLP = 1 EUR. Na miejscu wszędzie można płacić kartą (revolut bez prowizji, wszystkie inne karty kredytowe z prowizją min 5%) Gotówka jest potrzebna tylko na opłacenie przewodników i ewentualny wynajem samochodu (jeśli wynajmujecie od osób prywatnych). Na wyspie są dwa bankomaty - Banco Estado oraz Santander - oba blisko siebie w okolicy stadionu piłkarskiego.

przelot - jest tylko jedna linia która lata na Rapa Nui - LATAM. Poza wysokim sezonem bilety można kupić od ok 310000 CLP w dwie strony. Przed wylotem z Santiago należy odprawić się na stronie https://ingresorapanui.interior.gob.cl/ podając wszystkie informacje osobowe oraz miejsce pobytu na Rapa Nui. Bez tego nie przejdziecie kontroli PDI na lotnisku w Santiago.

kiedy lecieć - pogoda jest podobna przez cały rok, różnica temperatur jest niewielka. można spodziewać się ok 20-25 stopni za dnia i 18-20 w nocy. najcieplej jest w lutym, najchłodniej w lipcu i sierpniu. najbardziej deszczowy jest kwiecień i maj - wtedy właśnie byliśmy i przez 4 dni mieliśmy piękną słoneczną pogodę. jeśli padało to nad ranem i zazwyczaj były to gwałtowne opady które nie trwały dłużej niż godzinę.

na jak długo lecieć ? - bilety w promocyjnej taryfie zazwyczaj obejmują okres 3 nocy na wyspie i to jest optymalny czas jaki wystarczy by zobaczyć wszystko jeśli wynajmiecie samochód. Jeśli ktoś jest zafascynowany polinezyjską kulturą to polecam zostać dzień-dwa dłużej i wybrać się np na wieczór polinezyjski do hotelu Te Ra'ai. Program jest podobny do tego na Moorea w Tiki Village (właścicielka z pochodzenia Brazylijka była tam dwukrotnie i przeniosła pomysł do Hanga Roa - nie napiszę więc czy warto bo nie chcieliśmy płacić drugi raz za właściwie to samo - koszt to 70000 CLP za osobę razem z kolacją więc taniej niż na Tahiti)

bilet do parku narodowego - można zakupić przez stronę https://rapanuinationalpark.com/. Koszt to 72000 CLP (ok 80 USD), bilet jest ważny 10 dni i bez niego nie można wejść na teren większości atrakcji czy platform moai.

przewodnik lokalny - niezbędny od 2022 roku. Polecam szukać kilka tygodni wcześniej, najlepiej na stronie FB Arriendos Turistas (sami was znajdą). Ceny są negocjowalne indywidualnie - zauważyłem że dobra cena to ok 80000 CLP za dzień (za przewodnika, nie osobę) bez samochodu i ok 130000 CLP za dzień z samochodem. Opcje dodatkowe czyli np wschód słońca na Ahu Tongariki należy zazwyczaj opłacić dodatkowo. Ze swojej strony polecam Joaquina Solera Hotu (+56940218167) - można skontaktować się z nim na whatsapp. Jeśli chcecie posłuchać o duchach i innych ciekawych historiach to poproście o zwiedzanie z jego ojcem Juanem :-)

wynajem samochodu (quadów, rowerów) - podobnie najlepiej przez powyższą grupę FB. Tu polecić mogę panią od której wynająłem na miejscu prawie nowego cherry tiggo 2 - Barbara Ricouz +56950836769. Koszt ok 50000 CLP za dobę.

noclegi - pełen przekrój od najtańszych hostali, przez sporą ilość domków czy pokoi na wynajem na airbnb. Są tu nawet hotele 5*. Jeśli wynajmujecie przez airbnb zwróccie uwagę czy obiekt jest na liście Sernatur (inaczej nie wypełnicie aplikacji wjazdowej potrzebnej do kontroli PDI)
język hiszpański ale całkiem dużo osób mówi po angielsku, na pewno więcej niż w kontynentalnym Chile.

ceny na miejscu :

restauracje
kawa - 2500-3500 CLP
piwo - od 4000 CLP
przystawki - 5000-10000 CLP np ceviche w empanadzie to koszt ok 7000 - porcja jest tak duża że w Europie byłoby to danie główne
ceviche - 16000-20000 CLP
ośmiornica, tuńczyk, steki - od 20000 CLP
świeżo wyciskane soki lub domowa lemoniada - od 3500 CLP
lokalne ciasto bananowe - 3000 CLP porcja
pisco sour - 4000-7000 CLP zależnie od standardu restauracji
butelka wina - od 20000 CLP

sklepy i piekarnie
empanady - od 3500 CLP, znów porcje są ogromne. najpopularniejsze to empanady z serem i krewetkami (pycha)
pieczywo - wszystko na wagę, jedna bułka to ok 500 CLP
woda - kosmicznie droga - najtaniej w największym supermarkecie przy lotnisku Pou Vae Tea - 1700 CLP za butelkę 1.5l. W pozostałych miejscach ok 2300-2500 CLP.
wino - taniej niż woda :-) a te lepsze chilijskie wina od 4000 CLP za butelkę
pakowane wędliny (salame ahumado) - od 1800 CLP za 100g
masło 250g - 3700 CLP
ser brie 125g - 3100 CLP
kawa - od 7000 CLP za 250g - wybór niewielki
makaron - od 1200 CLP za 500g
piwo - od 1100 CLP za puszkę
ciekawostka - na półkach była polska eksportowa czarna wódka wyborowa o smaku dzikich jeżyn - w cenie 5900 CLP za 0.75l
oliwa - 7400 za butelkę 0.5l
krem (balsam) na komary - 7000 CLP za opakowanie 120ml w lokalnej aptece (był tylko jeden do wyboru). Ostatecznie komarów praktycznie nie było.
wszystkie owoce i warzywa - ceny x2 jak w Santiago - lepiej przywieźć ze sobą z kontynentu skoro większość i tak jest importowana z Chile. Mały offtop - w Chile są najlepsze (i tanie) na świecie truskawki oraz awokado (palta). Całą resztę można kupić na miejscu bo dramatu cenowego nie ma - myśleliśmy że będzie dużo drożej, szczególnie w restauracjach. Spodziewaliśmy się cen jak na Tahiti a było o połowę taniej.
paliwo - już nie pamiętam, ale chyba ok 1500 CLP za litr 93-oktanowej benzyny.Tak, przy dobrej pogodzie to wystarczający czas pod warunkiem, że wypożyczasz samochód lub wynajmujesz przewodnika z własnym samochodem. Odległości nie są duże, jeśli nie planujesz np wspinać się na wulkan Terevaka to te 2 pełne dni wystarcza by wszystkie ważniejsze punkty zobaczyć. Przylot jest około godziny 14:00 (chociaż jest jeszcze jeden wcześniejszy samolot który ląduje jakoś o 11), powrót o 14:55 więc dodaj pierwsze popołudnie na przejście na spokojnie całego Hanga Roa + zobaczenie zachodu słońca w Ahu Tahai i ostatni poranek na ewentualny wschód słońca na Ahu Tongariki i bez żadnego pośpiechu wszystko zobaczysz. My przedłużyliśmy pobyt o jeden dzień tylko dlatego że chcielismy na luzie spędzić jeszcze ten jeden dodatkowy dzien sami, bez przewodnika. Przy tak krótkim i intensywnym planie wyjazdu bardzo nam ten dzień się przydał ale nie zobaczyliśmy wtedy właściwie nic nowego niz byśmy nie widzieli z przewodnikiem w poprzednie dwa dni.Po powrocie z Wyspy Wielkanocnej w Santiago mamy wolną niedzielę i nie mamy większego planu na to miasto. Uznajemy więc, że najlepszym sposobem na zobaczenie najciekawszych miejsc będzie spotkanie z Moniką Trętowską - polską dziennikarką i autorką książki "Chile. Dalej być nie może" mieszkającą w Chile od 2010 roku.

Spotkamy się rano na głównym placu miasta Plaza de Armas i rozpoczynamy całodzienny spacer wokół najważniejszych punktów w stolicy Chile. Na Plaza de Armas słuchamy o historii i powstaniu miasta, odwiedzamy monumentalną katedrę metropolitalną i pomnik rdzennej chilijskiej ludności a tuż obok możemy popatrzeć na fasadę tytułowego "Domu Duchów" (oczywiście to także tytuł świetnej powieści chilijskiej pisarki Isabel Allende, z rodziny Salvadora Allende który został obalony przez Pinocheta podczas puczu w roku 1973). Mieszkania w pięknej kamienicy są w większości opuszczone, ponieważ Chilijczycy uważają, że w środku straszy. Po historiach usłyszanych od Juana na Wyspie Wielkanocnej nie dziwi nas to już zupełnie - zresztą kilka opowieści Moniki m.in przy pomniku Diego Portalesa na plaza Constitucion i jego roli w zamieszkach z roku 2019 daje nam do zrozumienia, że jest coś na rzeczy :-)

Po drodze oczywiście przechodzimy obok pałacu La Moneda, gdzie wstrzymuje nas na chwilę wielotysięczne zgromadzenie ludzi przy fladze dwustulecia (chyba tylko w Turcji widzieliśmy większe flagi) - okazało się, że tym razem to tylko pokojowa manifestacja o zalegalizowanie w kraju marihuany.
Mijamy dzielnicę finansową, Uniwersytet Chile (dopiero po czasie orientuję się, że tuż obok jest Teatro Coliseo, jedna z najpopularnijeszych sal koncertowych w Ameryce Południowej obok pobliskigo Teatro Caupolican - koncertował tu niedawno m.in nasz Riverside) oraz XVI wieczny franciszkański kościół (gdzie w części centralnej można podziwiać solidność budownictwa z tamtego okresu oraz materiały które przetrwały wszystkie największe trzęsienia ziemii w historii tego kraju, czego nie można już powiedzieć o sklepieniach w nawach bocznych dobudowanych przez Hiszpanów)

Resztę dnia spędzamy między wzgórzem Santa Lucia, dzielnicami Bellavista i Lastarria a na koniec wjeżdżamy kolejką na wzgórze San Cristobal by z niego podziwiać zachód słońca nad miastem. Santiago jest pięknym, czystym oraz bezpiecznym miastem (jak na standardy południowoamerykańskie) więc polecam spędzić tu przynajmniej 2 dni podczas podróży czy to na Wyspę Wielkanocną czy do Patagonii lub na pustynię Atakama. Jedynym zaskoczeniem dla nas było to, że Chilijczycy sa bardzo rodzinnym narodem i tradycyjnie w niedziele świętują w gronie swych bliskich więc większość restauracji czy kawiarnii w niedzielę była zamknięta. To, że są świetnymi i przesympatycznymi ludźmi wiedziałem już po poprzednim pobycie w tym kraju.
Przy okazji polecam Monikę nie tylko jako bardzo cierpliwą i kompetentną przewodniczkę po Santiago, ale przede wszystkim wspaniałą i przesympatyczną osobę (dawno nam dzień tak szybko nie minął).Ostatnie dwa i pół dnia spędzamy w Rio de Janeiro dokąd lecimy linią JetSmart o nieludzkiej 5:30 rano. Przy wejściu do samolotu było trochę zamieszania gdyż pracownicy obsługi naziemnej byli przekonani że potrzebujemy wiz do Brazylii i chwilę trwało zanim to zweryfikowali. Sam lot trwał prawie 4 godziny a obłożenie było na poziomie 60-70%. Kontrola paszportowa oraz bagażowa znów minęły nam ekspresowo. W ciągu 20 minut od przyziemienia byliśmy już w zarezerwowanej wcześniej taksówce jadącej w stronę Copacabany. Dojeżdżając, widzimy jak obsługa demontuje wielką scenę oraz rusztowania po koncercie Madonny który odbył się dzień wcześniej i rzekomo zgromadził 1.6 miliona ludzi. Rozmachu temu przedsięwzięciu dodaje fakt, że specjalnie dla Madonny zbudowano kładkę z hotelu Copacabana Palace na scenę umieszczoną na plaży. Pewnie obawiano się, że ktoś po drodze ją okradnie ;-) Nie stać nas na nocleg w tym miejscu i zatrzymujemy się kilometr dalej w hotelu sieci Pestana - również nie był tani, jednak chcieliśmy uniknąć błąkania się wieczorami po okolicznych ulicach i zostawić sobie możliwość wyjścia do jednego z pobliskich plażowych barów nie martwiąc się o powrót późną nocą. Dodatkowo na dachu był basen z fantastycznym widokiem na głowę cukru oraz copacabanę.
Mamy tylko 2 pełne dni a dodatkowo po dość intensywnym zwiedzaniu Wyspy Wielkanocnej oraz Santiago chcemy tu trochę wyluzować więc nie udało nam się w Rio za dużo zobaczyć.

Większość pierwszego dnia spędziliśmy w okolicy Copacabany, podjechaliśmy też na Głowę Cukru gdzie poczekaliśmy do zachodu słońca. Mimo bardzo drogich biletów na kolejkę (185 reali za osobę) zdecydowanie warto wybrać się tam o tej porze dnia. W połowie drogi, na wzgórzu między pierwszą a drugą stacją kolejki linowej jest kilka punktów gastronomicznych gdzie w całkiem rozsądnych cenach można skosztować lokalnej kuchni czy napić się kraftowego piwa. Dodatkowo, widok na Botafogo, pobliskie lotnisko Santos-Durmont oraz górujący nad miastem pomnik Chrystusa robi niesamowite wrażenie. Wieczorem przechadzamy sie jeszcze po Copacabanie w okolicy hotelu - nie czujemy żadnego zagrożenia, ludzi jest bardzo dużo jeszcze grubo po 23. Podobnie jak kolejnego dnia tuż po wschodzie słońca - jestem zdumiony ilością osób biegających po deptaku, grających w siatkówkę czy siatkonogę. Patrzę na zegarek, nie ma jeszcze 7 a miasto wygląda jakby było południe.
Po śniadaniu jedziemy uberem w stronę stacji Paineiras Corcovado skąd można busem podjechać pod pomnik Cristo Redentor. Za kurs z Copacabany płacę 65 reali, mimo że jeszcze godzinę wcześniej cena oscylowała w okolicy 20. Podobnie zresztą było z nocnym powrotem z góry cukru - chyba w żadnym innym mieście świata ceny kursów ubera nie różnią się tak drastycznie w zależności od popytu oraz pory dnia. Organizacja nie jest dobrą stroną Brazylijczyków - podobnie jak na Corcovado tutaj też trzeba przejść całą procedurę i ścieżkę pokutną przed wejściem do busa który odjeżdża z tego samego miejsca, pod które podjeżdżają kierowcy ubera. Mimo biletów zakupionych wcześniej nie można wejść do tego busa od razu - trzeba w upale przejść pod górę 200 metrów do kiczowatego ośrodka z pamiątkami (gdzie bilet zostanie podbity pierwszy raz), następnie przejść przez stanowisko fotografa i obowiązkowe zdjęcie (nie ma opcji, by sprawdziło się to np. w Skandynawii) przez krótkie muzeum-wystawę Paineiras (tu bilet sprawdzany jest ponownie) by wrócić schodami do miejsca w którym byliśmy kilkanaście minut wcześniej. Idiotyczne! Wjeżdżamy na górę około godziny 11:00 - pogoda dopisuje lecz ludzi jak można się było spodziewać jest ogrom. Widoki jednak wynagradzają wszystko. Popołudnie i wieczór tym razem spędzamy spacerując z Copacabany na Ipanemę, wracając na Copacabanę ostatnie 5 kilometrów spacerem już po zmroku. Planowaliśmy wrócić uberem jednak tym razem miałem przy sobie tylko zapasowy telefon bez dostępu do internetu, a żaden z barów plażowych na Ipanemie nie udostępniał wi-fi by zamówić transport. Faktycznie w okolicy kanału i pobliskiej faweli jest dość nieciekawie ale przy tej ilości osób czujemy się bezpiecznie (chociaż może po prostu mieliśmy szczęście).

Podróż powrotna już bez większych przygód - lotnisko SDU jest malutkie (były tańsze loty z GIG jednak odległość od hotelu zdecydowanie przeważyła na korzyść SDU) i odlatują z niego głównie (a może jedynie) samoloty na loty krajowe. Mamy więc sporo czasu by skorzystać z lokalnego saloniku VIP lounge (polecam) tym bardziej, że nasz lot do Sao Paulo linią LATAM jest opóźniony o godzinę. Na lotnisku Guarulhos przesiadka na TAP do Lizbony a następnie na jednym z najgorszych terminali w Europie - tym bocznym dla tanich linii (ze zdecydowanie najgorszą obsługą - zabrano nam nie tylko pasty aji z Chile, ale również opakowanie z dulce de lece gdyż buc z obsługi uważał że to płyn...) przesiadka na lot Ryanair do Krakowa. Mogliśmy oczywiście polecieć ostatni fragment TAPem do Mediolanu, jednak z lotniska Malpensa nie było tego dnia za bardzo możliwości wygodnego powrotu do Katowic/Krakowa.

Jeszcze krótkie info o cenach w Brazylii - stan na maj 2024
10 reali = 7,60 PLN

woda w sklepie 1.5l - 3-4 reale
caipirinha na copacabanie - rozstrzał od 12 do 30 reali, zależnie od miejsca.
piwo w sklepie - 4-6 reali
piwo w restauracji 0.66l (głównie takie tu podają) - 10-20 reali, średnio ok 16.
przystawki typu kulek z dorsza (coś jak takoyaki z ośmiornicy w Azji) - 30-40 reali
dania główne - od 50 do 120 reali
porcja ceviche - 40-45 reali
lody na ipanemie - od 16 do 25 reali za porcję
dulce de lece (400g) - 35 reali
transport uberem z copacabany :
- na lotnisko SDU - 20 reali
- na głowę cukru - 18 reali
- do stacji Paineiras przy Chrystusie - 35 reali
w przypadku dużego popytu na kursy - ceny są nawet 3krotnie wyższe.

Przez cały pobyt w Brazylii nie mieliśmy przy sobie żadnej gotówki - wszędzie można było płacić kartą. Znów, podobnie jak w Chile bezprowizyjnie działal tylko Revolut. Zresztą moja Visa Infinite została zablokowana już przy pierwszej próbie zamówienia ubera w Rio - na infolinii usłyszałem, że to standard w Brazylii..(dwa tygodnie wcześniej w Sao Paulo nie było z tym problemu).
Największy - i jedyny - problem w tym kraju mieliśmy z komunikacją - może mieliśmy pecha, ale prawie nikt nie mówił tam po angielsku. Nawet w plażowych barach porozumieć można się tylko po portugalsku, ewentualnie hiszpańsku. Szokiem była dla mnie sytuacja w drodze powrotnej na lotnisku międzynarodowym w Sao Paulo gdzie obsługa naziemna nie rozumiała słowa Exit (oznaczenia są tam dość słabe przy transferze z terminalu krajowego do międzynarodowego lepiej mieć większy zapas czasu bo i samo lotnisko jest olbrzymie)...
Wszystkim którym dotrwali do końca tej przydługiej relacji serdecznie dziękuję :)

Dodaj Komentarz

Komentarze (7)

marek2011 12 maja 2024 17:08 Odpowiedz
Bez przesady z tym Asuncion - to całkiem duże miasto i wyasfaltowane nie tylko na głównych ulicach ;) Twoje foto, które tu wrzuciłeś, nie przedstawia w ogóle Asuncion tylko jakieś inne okolice, to tak na marginesie.
adampoz 12 maja 2024 23:08 Odpowiedz
Ciekawa relacja, zwłaszcza, że mam zamiar w tym, najpóźniej na początku przyszłego roku udać się do Chile i na Wyspę Wielkanocną. Bilety moje kupione w czasie covidu, kilka razy już przekładane.Tylko, czy ta relacja nie powinna być w Ameryce Południowej, Chile z uwagi na przynależność Wyspy do Chile. W życiu nie oczekiwałbym relacji z Wyspy Wielkanocnej, że znajdzie się razem z Australią:) trudno będzie ją ewentualnie znaleźć kiedyś.
sorvali 12 maja 2024 23:08 Odpowiedz
Właściwie masz rację, jednak przez bliskość kulturową Polinezji wahałem się czy umieścić ją tutaj, czy w Ameryce Płd. Pozwólmy zatem moderatorom o zdecydowanie gdzie ma być!
sorvali 15 maja 2024 17:08 Odpowiedz
Zanim wrzucę ostatni post o Santiago oraz Rio to jeszcze trochę informacji praktycznych o pobycie na Wyspie Wielkanocnej :waluta - peso chilijskie. 1000 CLP to ok 4,30 PLN. Dla łatwiejszego przelicznika można przyjąć 1000 CLP = 1 EUR. Na miejscu wszędzie można płacić kartą (revolut bez prowizji, wszystkie inne karty kredytowe z prowizją min 5%) Gotówka jest potrzebna tylko na opłacenie przewodników i ewentualny wynajem samochodu (jeśli wynajmujecie od osób prywatnych). Na wyspie są dwa bankomaty - Banco Estado oraz Santander - oba blisko siebie w okolicy stadionu piłkarskiego. przelot - jest tylko jedna linia która lata na Rapa Nui - LATAM. Poza wysokim sezonem bilety można kupić od ok 310000 CLP w dwie strony. Przed wylotem z Santiago należy odprawić się na stronie https://ingresorapanui.interior.gob.cl/ podając wszystkie informacje osobowe oraz miejsce pobytu na Rapa Nui. Bez tego nie przejdziecie kontroli PDI na lotnisku w Santiago.kiedy lecieć - pogoda jest podobna przez cały rok, różnica temperatur jest niewielka. można spodziewać się ok 20-25 stopni za dnia i 18-20 w nocy. najcieplej jest w lutym, najchłodniej w lipcu i sierpniu. najbardziej deszczowy jest kwiecień i maj - wtedy właśnie byliśmy i przez 4 dni mieliśmy piękną słoneczną pogodę. jeśli padało to nad ranem i zazwyczaj były to gwałtowne opady które nie trwały dłużej niż godzinę. na jak długo lecieć ? - bilety w promocyjnej taryfie zazwyczaj obejmują okres 3 nocy na wyspie i to jest optymalny czas jaki wystarczy by zobaczyć wszystko jeśli wynajmiecie samochód. Jeśli ktoś jest zafascynowany polinezyjską kulturą to polecam zostać dzień-dwa dłużej i wybrać się np na wieczór polinezyjski do hotelu Te Ra'ai. Program jest podobny do tego na Moorea w Tiki Village (właścicielka z pochodzenia Brazylijka była tam dwukrotnie i przeniosła pomysł do Hanga Roa - nie napiszę więc czy warto bo nie chcieliśmy płacić drugi raz za właściwie to samo - koszt to 70000 CLP za osobę razem z kolacją więc taniej niż na Tahiti)bilet do parku narodowego - można zakupić przez stronę https://rapanuinationalpark.com/. Koszt to 72000 CLP (ok 80 USD), bilet jest ważny 10 dni i bez niego nie można wejść na teren większości atrakcji czy platform moai.przewodnik lokalny - niezbędny od 2022 roku. Polecam szukać kilka tygodni wcześniej, najlepiej na stronie FB Arriendos Turistas (sami was znajdą). Ceny są negocjowalne indywidualnie - zauważyłem że dobra cena to ok 80000 CLP za dzień (za przewodnika, nie osobę) bez samochodu i ok 130000 CLP za dzień z samochodem. Opcje dodatkowe czyli np wschód słońca na Ahu Tongariki należy zazwyczaj opłacić dodatkowo. Ze swojej strony polecam Joaquina Solera Hotu (+56940218167) - można skontaktować się z nim na whatsapp. Jeśli chcecie posłuchać o duchach i innych ciekawych historiach to poproście o zwiedzanie z jego ojcem Juanem :-)wynajem samochodu (quadów, rowerów) - podobnie najlepiej przez powyższą grupę FB. Tu polecić mogę panią od której wynająłem na miejscu prawie nowego cherry tiggo 2 - Barbara Ricouz +56950836769. Koszt ok 50000 CLP za dobę.noclegi - pełen przekrój od najtańszych hostali, przez sporą ilość domków czy pokoi na wynajem na airbnb. Są tu nawet hotele 5*. Jeśli wynajmujecie przez airbnb zwróccie uwagę czy obiekt jest na liście Sernatur (inaczej nie wypełnicie aplikacji wjazdowej potrzebnej do kontroli PDI)język hiszpański ale całkiem dużo osób mówi po angielsku, na pewno więcej niż w kontynentalnym Chile.ceny na miejscu :restauracje kawa - 2500-3500 CLPpiwo - od 4000 CLPprzystawki - 5000-10000 CLP np ceviche w empanadzie to koszt ok 7000 - porcja jest tak duża że w Europie byłoby to danie główneceviche - 16000-20000 CLPośmiornica, tuńczyk, steki - od 20000 CLPświeżo wyciskane soki lub domowa lemoniada - od 3500 CLPlokalne ciasto bananowe - 3000 CLP porcja pisco sour - 4000-7000 CLP zależnie od standardu restauracji butelka wina - od 20000 CLP sklepy i piekarnieempanady - od 3500 CLP, znów porcje są ogromne. najpopularniejsze to empanady z serem i krewetkami (pycha)pieczywo - wszystko na wagę, jedna bułka to ok 500 CLPwoda - kosmicznie droga - najtaniej w największym supermarkecie przy lotnisku Pou Vae Tea - 1700 CLP za butelkę 1.5l. W pozostałych miejscach ok 2300-2500 CLP.wino - taniej niż woda :-) a te lepsze chilijskie wina od 4000 CLP za butelkępakowane wędliny (salame ahumado) - od 1800 CLP za 100gmasło 250g - 3700 CLPser brie 125g - 3100 CLPkawa - od 7000 CLP za 250g - wybór niewielkimakaron - od 1200 CLP za 500gpiwo - od 1100 CLP za puszkę ciekawostka - na półkach była polska eksportowa czarna wódka wyborowa o smaku dzikich jeżyn - w cenie 5900 CLP za 0.75loliwa - 7400 za butelkę 0.5lkrem (balsam) na komary - 7000 CLP za opakowanie 120ml w lokalnej aptece (był tylko jeden do wyboru). Ostatecznie komarów praktycznie nie było.wszystkie owoce i warzywa - ceny x2 jak w Santiago - lepiej przywieźć ze sobą z kontynentu skoro większość i tak jest importowana z Chile. Mały offtop - w Chile są najlepsze (i tanie) na świecie truskawki oraz awokado (palta). Całą resztę można kupić na miejscu bo dramatu cenowego nie ma - myśleliśmy że będzie dużo drożej, szczególnie w restauracjach. Spodziewaliśmy się cen jak na Tahiti a było o połowę taniej. paliwo - już nie pamiętam, ale chyba ok 1500 CLP za litr 93-oktanowej benzyny.
maxima 15 maja 2024 23:08 Odpowiedz
Quote:na jak długo lecieć ? - bilety w promocyjnej taryfie zazwyczaj obejmują okres 3 nocy na wyspie i to jest optymalny czas jaki wystarczy by zobaczyć wszystko jeśli wynajmiecie samochód. Jeśli ktoś jest zafascynowany polinezyjską kulturą to polecam zostać dzień-dwa dłużej i wybrać się np na wieczór polinezyjski do hotelu Te Ra'ai. Program jest podobny do tego na Moorea w Tiki Village (właścicielka z pochodzenia Brazylijka była tam dwukrotnie i przeniosła pomysł do Hanga Roa - nie napiszę więc czy warto bo nie chcieliśmy płacić drugi raz za właściwie to samo - koszt to 70000 CLP za osobę razem z kolacją więc taniej niż na Tahiti)czyli polecałbyś 2 pełne dni + popołudnie po przylocie i do południa w dniu wylotu? czy trzeba dość intensywnie wtedy zwiedzać, czy jednak jest trochę luzu?
sorvali 15 maja 2024 23:08 Odpowiedz
Tak, przy dobrej pogodzie to wystarczający czas pod warunkiem, że wypożyczasz samochód lub wynajmujesz przewodnika z własnym samochodem. Odległości nie są duże, jeśli nie planujesz np wspinać się na wulkan Terevaka to te 2 pełne dni wystarcza by wszystkie ważniejsze punkty zobaczyć. Przylot jest około godziny 14:00 (chociaż jest jeszcze jeden wcześniejszy samolot który ląduje jakoś o 11), powrót o 14:55 więc dodaj pierwsze popołudnie na przejście na spokojnie całego Hanga Roa + zobaczenie zachodu słońca w Ahu Tahai i ostatni poranek na ewentualny wschód słońca na Ahu Tongariki i bez żadnego pośpiechu wszystko zobaczysz. My przedłużyliśmy pobyt o jeden dzień tylko dlatego że chcielismy na luzie spędzić jeszcze ten jeden dodatkowy dzien sami, bez przewodnika. Przy tak krótkim i intensywnym planie wyjazdu bardzo nam ten dzień się przydał ale nie zobaczyliśmy wtedy właściwie nic nowego niz byśmy nie widzieli z przewodnikiem w poprzednie dwa dni.
dmirstek 15 maja 2024 23:08 Odpowiedz
Cieszę się, że "mój" kontakt do przewodnika zadziałał dobrze i nie żałujesz ;-) Miło wrócić do mojej bytności tamże.